Zdzisław Karpowicz

Urodził się 20 stycznia 1933 roku w Wołkowyjsku (dziś Wołkowysk) w województwie białostockim. Miał brata urodzonego 15 maja 1934 roku. Jego ojciec Jan Karpowicz zajmował się uprawą roli, a cała rodzina od strony ojca od pokoleń żyła z uprawy ziemi na grodzieńszczyźnie. Jan w wieku 15 lat dołączył do Litewsko-Białoruskiej Dywizji, wchodzącej w skład Wojska Polskiego. W czasach II RP pracował jak urzędnik państwowy. Matka Zdzisława, Cezaria Karpowicz (z domu Miloszewska) także pochodziła z Wołkowyjska, a do zamążpójścia w 1932 roku pracowała jako komornik sądowy. W wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow Wołkowyjsk został włączony do ZSRR. Karpowicz wspominał przemarsz wojsk Armii Czerwonej i zrzucanie ulotek propagandowych przez lotnictwo.

„Po przemarszu wojsk w następnych dniach zaczęły nadlatywać samoloty dwupłatowe (…) i zaczęły zamiast bomb zrzucać propagandówki w języku rosyjskim i polskim. Ogłaszały one radosną nowinę, że oto wreszcie lud pracujący miast i wsi na Białorusi został wyzwolony spod jarzma polskich panów. Niektóre z tych ulotek nawoływały do mordowania polskich oficerów i wrogów ludu”.

Po aneksji rozpoczęły się problemy z zaopatrzeniem w sklepach, ojciec Zdzisława musiał zrezygnować z pracy w sądzie i został pracownikiem spółki leśnej. Został zmuszony do zdania broni, na którą miał przedwojenne pozwolenie. Powoli reformowano także edukację na wzór radziecki. Do czasu wywózki rodzina nie zaznała poważniejszych represji ze strony nowej władzy.

Nocą 20 czerwca 1941 roku funkcjonariusze NKWD wtargnęli do domu rodziny Karpowiczów i rozkazali im spakować się. Jak dowiedzieli się od funkcjonariuszy NKWD, mieli zostać przesiedleni w inny rejon ZSRR. Wraz z niewielkim bagażem podręcznym i porcją żywności na drogę zostali przewiezieni ciężarówką NKWD na bocznicę kolejową w Wołkowyjsku. Stamtąd wagonem bydlęcym (jak okazało się także z kuzynostwem) wyruszyli na wschód do Nowosybirska. Całą drogę do Nowosybirska z powodu rannej ręki Zdzisław spędził na górnej pryczy wagonu.

„W czasie postojów na stacjach umożliwiało mi to «złapanie» deszczówki z dachu oraz zdobycie od czasu do czasu gorącej wody od maszynisty stojącego na sąsiednim torze parowozu; bowiem okienko otwierało się do wnętrza wagonu, a krata stalowa osłaniająca otwór okienny była przymocowana na zewnętrznej ściance. Odległość między prętami krat była na tyle duża, że moja ręka wraz z kubkiem (garnuszkiem) swobodnie przechodziła”.

[Relacja Zdzisława Karpowicza]

22 czerwca 1941 roku po dwóch dniach jazdy pociąg dotarł do Mińska. Ludzi w wagonach obudziły odgłosy samolotów i wybuchy. Po nalocie transport szybkim tempem kierował się w stronę Uralu. Tego dnia znajdowały się w Mińsku także dwa inne pociągi z Polakami. Jeden został zbombardowany, a ludzie z drugiego transportu wyważyli drzwi i uciekli do lasu. Po zdobyciu Mińska przez Niemców powrócili do swoich domów. Tego samego dnia miał wyruszyć transport więźniów NKWD z Wołkowyjska do kopalń na wschodzie, w którym znajdować się miał ojciec Zdzisława Karpińskiego. W wyniku nalotów na miasto i ucieczki NKWD udało mu się zbiec i całą wojnę przeczekał w rodzinnym mieście.

Transportowani na wschód ZSRR Polacy byli brudni, niedożywieni i zdani na własne zapasy (jedynie kilka razy w ciągu podróży podano im zupę). Transport przejeżdżał przez Smoleńsk, Wiaźmę, Ufę i Czelabińsk (gdzie miał długie postoje), by przez Omsk dotrzeć do Nowosybirska.

Z Nowosybirska parostatkiem po rzece Ob dopłynęli do miasta Kołpaszewo, gdzie w szkole spędzili jedną noc. Następnie popłynęli mniejszym statkiem w dół rzek Ob i dalej rzeką Ket na wschód. Po kilku dniach dotarli do Białego Jaru.

„Siedzieliśmy więc na brzegu trzy lub cztery dni, przy czym nie zezwolono nam na zejście do osady. Noce były chłodne i sen pod gołym niebem nie należał nie należał do przyjemności, tym bardziej, że dokuczały komary”.

Kilkudniowy pobyt w Białym Jarze zakończyły barki, które miały rozwieźć deportowanych do pracy w kołchozach, osadach rybackich oraz przedsiębiorstwach rybackich. Wraz z trójką Karpowiczów na barkę wsiadło kilkanaście rodzin polskich (praktycznie same kobiety z dziećmi). Ostatecznie rodzina znalazła się w kołchozie Klukwienka.

Na przywitanie lokalny komendant NKWD stwierdził:

„Polski już nie ma i nie będzie, pozostaniemy tu na zawsze, aż do śmierci i do żadnej «Polszy» nie wrócimy, nie wolno nam opuszczać posiołka bo grozi za to nawet karą śmierci, mamy obowiązek stawiać się do komendanta na początku każdego tygodnia celem odnotowania obecności”.

Wraz z bratem i matką zostali zakwaterowani u rosyjskiej rodziny, zimą spali w kuchni, natomiast latem na strychu. Matka została przydzielona do brygady karczującej tajgę. Jako kołchoźnicy dostarczali w ramach rozliczeń podatkowych mięso, skóry owcze, oraz wykupowali obligacje. Zimą, aby zdobyc pożywienie, polowali na kuropatwy. Pierwszą zimę przeżyli bez większych problemów dzięki pomocy i radom rodziny Matwiejewów, u której byli zakwaterowani. Gospodarz Stiepan Matwiejew w późniejszym okresie został oskarżony o sabotaż gospodarczy przez NKWD. Karpowiczowie wiosną i latem łowili ryby, przekopywali kartofliska. Zdzisław wraz z bratem uczęszczał na lekcje języka rosyjskiego. W 1943 roku władze kołchozu rozpoczęły budowę dużej sali, w której zamieszkali Polacy.

„Przede wszystkim byliśmy wychudzeni i osłabieni z niedożywienia, na przykład nasza mama ważyła 39 kg. Naszym głównym zajęciem było poszukiwanie żywności niezależnie od innych zajęć. Dla nas dzieci było to odebranie naszego naturalnego dzieciństwa i włączenie od razu w dorosłe życie, w walkę o przetrwanie. A było to przetrwanie nie tylko w walce z głodem, ale również z zimnem i mrozem”.

Po zakończeniu wojny Polacy starali się jak najszybciej powrócić do Ojczyzny. Przyjaciółka rodziny, panna Bielawska pisała do urzędów w Woroneżu aby przyspieszyć powrót Karpowiczów do Polski. Z Klukwienkirodzina wracała do Polski tą samą drogą. Po drodze mieli większy postój w Tomsku, gdzie spędzili 17 dni. Karpowicz wspomina, że miasto to w tamtym czasie było bardzo niebezpieczne. W Tomsku przesiedli się do wagonów bydlęcych, podobnych do tych, którymi wywieziono ich w 1941 roku. W wagonach znajdowało się znacznie mniej ludzi, przez co komfort powrotu był znacznie większy. Z Tomska pociąg skierował się do Magnitorska. Stamtąd skład zawrócił do Kartały i udał się do Orska. Dalej kierował się przez Uralsk, Tambow, Miczurińsk do Usmania pod Woroneżem. Tam do czasu powrotu do Polski rodzina Karpowiczów pracowała w kołchozie. Wiosną 1945 roku dotarła do nich wiadomość o śmierci ojca, który zmarł po przesłuchaniach NKWD.

Wyjazd z terenów II Rzeczpospolitej (włączonych do ZSRR) na teren byłych Prus Wschodnich (włączonych do Polski) miał miejsce w lutym 1946 roku. Pociąg jechał przez Woroneż, Kursk, Homel oraz Brześć. W Łunińcu transportowani przesiedli się do innego pociągu i pojechali do Wołkowyjska, z którego po krótkim pobycie wyruszyli dalej. Zatrzymali się kilka kilometrów od miasta w Andrejewiczach, gdzie rodzina przesiadła się do innego wagonu. Przejeżdżali także przez zniszczoną Warszawę. Ostatecznie dotarli do Miłomłyna w pobliżu Olsztyna.

Zdzisław Karpowicz resztę dzieciństwa spędził w Miłomłynie. W 1962 roku ukończył krakowską AGH. Po studiach pracował w Przedsiębiorstwie Budowy Szybów, Kopalni Węgla Kamiennego "Słupiec", KGHM Lubin oraz Zakładach Badawczych i Projektowych Miedzi „Cuprum” we Wrocławiu. W 1988 roku przeszedł na emeryturę.

Historia została opracowana przez pracowników Ośrodka Pamięć i Przyszłość w ramach projektu Środkowoeuropejska Mapa Gułagu.


Wróć do pierwotnej orientacji tabletu lub