Zofia Daniszewska (Kłusek)

Zofia Daniszewska urodziłą się 5 lutego 1932 roku we wsi Bojanówka (koło Równego) na Wołyniu. Jej ojciec był żołnierzem Armii Hallera, osiedlił się na Wołyniu w ramach osadnictwa wojskowego. 17 września 1939 roku rodzina Daniszewskich została wypędzona z domu przez Ukraińców. Miesiąc później wyrzucono ich z tymczasowego mieszkania, po czym przenieśli się do Równego. Ojciec wraz z dwoma synami wyjechał do Tarnowa (będącego wtedy pod okupacją niemiecką) z zamiarem powrotu po żonę, dwie córki i syna.

„Ukraińcy otoczyli nasze mieszkanie i wypędzili nas, dali tam parę godzin tylko na to, żebyśmy się spakowali i myśmy już cały czas pilnowali, żeby nie zabierać za dużo rzeczy. Ja to wszystko pamiętam doskonale, bo była cała ogromna grupa tych Ukraińców. Oni mieli broń, karabiny, naprawdę było strasznie. Potem, tam gdzieś znaleźli butle z winem, poupijali się. Naprawdę myśmy się bali”.

Zofię Daniszewską wraz z matką i 16-letnim bratem w międzyczasie wywieziono transportem 10 lutego 1940 roku. Rodzina podróżowała w zatłoczonym wagonie przez 6 tygodni. Pociąg zatrzymywał się co kilka dni by wyrzucić ciała zmarłych na tory kolejowe. Stacją docelową okazał się posiołek Połdniewica.

„Podróż 6 tygodni, było to straszne. Ten pociąg się zatrzymywał, wtedy tych co poumierali po prostu wynosili, kładli tam przy torach kolejowych i zostawiali. I tak co drugi dzień, co trzeci dzień dawali jakąś zupę, to ludzie szli. Osiemdziesiąt osób było w jednym wagonie. Były takie piętrowe łóżka, no takie półki i na tych półkach ludzie z całym swoim dobytkiem byli tam rozlokowani. Na ogół dawali pół godziny czasu na spakowanie się, jak wywozili, zdarzały się przypadki, że komuś tam więcej trochę dali, bo no różnie to, kto się trafił po prostu przy tym, przy tej deportacji. I po sześciu tygodniach zajechaliśmy, to był posiołek Połdniewica”.

Matka Zofii w łagrze zaczęła organizować nabożeństwa majowe i czerwcowe za co wraz z  synem i córkami została zesłana do łagru dla więźniów politycznych nad jeziorem Onega (w osadzie Onieżskij). Tam osadzeni zajmowali się całoroczną wycinką drzew, której nie przerywano nawet w duże mrozy.

„Mamusia razem z bratem (on miał wtedy szesnaście lat) pracowali. Tam była tajga dookoła, więc oni przy wyrębie drzew pracowali. Ja byłam w domu, siostra (ją potem do takiej cegielni, ona miała wtedy czternaście lat) i dziewczynki – takie w jej wieku – bosymi nogami wyrabiały glinę i rękami gołymi nakładały do takich drewnianych pudełek”.

Po ponownym nawiązaniu stosunków dyplomatycznych między ZSRR a Rządem Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie (zerwanymi po agresji ZSRR na Polskę) ogłoszono amnestię i rozpoczęto formowanie Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR pod dowództwem generała Andersa. 5 września 1941 roku Zofię wraz z bratem, siostrą i matką zwolniono z łagru nad jeziorem Onega. Przeniesiono ich w kierunku środkowoazjatyckich Republik Radzieckich. Przez miesiąc żyli w mieście Nukus wśród ludności karakałpackiej, zamieszkującej Uzbekistan. Do Buchary, która była celem ich podróży, dotarli tuż przed Bożym Narodzeniem 1941 roku.

Brat Zofii wstąpił do Armii Andersa, razem z którą brał udział w walkach pod Monte Cassino (otrzymał za nią Krzyż Walecznych). Zginął w bitwie o Ankonę w 1944 roku. Siostra Zofii wstąpiła do junaczek. Matka rodzeństwa z powodu poważnej choroby nabytej w łagrach musiała oddać najmłodszą córkę do sierocińca.

„I siostra wstąpiła do junaczek, ale po prostu ratunek przyszedł za późno i zmarła w wieku szesnastu lat. A mamusia była bardzo chora i dlatego oddała mnie do sierocińca, bo też właśnie dzieci starali się ratować. I mnie do sierocińca. Ja jak wyjeżdżałam, to mamusia była bardzo chora, była sparaliżowana, miała krwawą dyzenterię, właściwie wydawało się, że ona tego nie przeżyje”.

Warunki w Polskim sierocińcu w Związku Radzieckim były bardzo trudne.

„Jak myśmy jeszcze byli w Rosji w tym sierocińcu, to wszystkie dzieci chorowały, wszystkie w tym sierocińcu na jaglicę. Jaglica to jest choroba oczu. Straszna choroba oczu. To jest, ja nie wiem, jaka tam łacińska nazwa, a jaglica to taka chyba nazwa ludowa, od wewnętrznej stronie powiek są takie pryszcze i w nich jest ropa. I to wygląda właśnie jak jagły, jak kasza jaglana, ale tych pryszczy są dziesiątki i w nich jest ropa. To było coś strasznego, bo oczy nam bez przerwy ropiały i jak myśmy gdziekolwiek szli, to trzymali się za ręce, bo przecież jak człowiekowi pyłek wpadnie do oka, jak człowiek cierpi?”

Matka Zofii wyjechała z ZSRR ostatnim transportem ewakuacyjnym do Persji, a następnie przeniosła się do Libanu, gdzie przebywała do 1947 roku. Sierorciniec, w którym przebywała dziewczynka przeniesiono do Persji. Ostatecznie Zofia trafiła do Afryki.

Znalazła się w polskim sierocińcu w Ugandzie – osiedlu Masindi, którego zabudowę stanowiły budynki ze słomianymi dachami. Dziewczynka nie miała żadnych informacji ani o matce, ani o losach ojca i brata, którzy przebywali w okolicach Rzeszowa. W sierocińcu miała jednak dobrą opiekę – zorganizowano tam szkołę oraz harcerstwo dla dzieci.

„Przede wszystkim harcerstwo, myślę, że to było najwspanialsze, dla takich dzieci, dla młodzieży, że to chyba było coś najwspanialszego, bo myśmy mieli i wycieczki, i zbiórki harcerskie, i ćwiczenia, i dzieci tego potrzebują w takim wieku, były dzieci młodsze ode mnie, trochę starsze. Więc naprawdę, że harcerstwo było wspaniałe, i zuchy – dla małych dzieci, zuchy. Myśmy mieli ogniska harcerskie. Pani nauczycielka od polskiego wymagała, żeby wszystkie absolutnie dzieci, we wszystkich klasach pisały dzienniczek. I w tym dzienniczku trzeba było codziennie napisać chociaż jedno zdanie i malutki rysuneczek zrobić, i ten mój… i było w sierocińcu wtedy, tam coś sto ileś, mniej niż dwieście dzieci i tylko mój dzienniczek się zachował”.

Przez tropikalny klimat i dużą ilość owadów w ugandyjskim Masindi dzieci chorowały na malarię. Wiele z nich miało pasożyty. Z powodu poważnego zagrożenia dla zdrowia podopiecznych w czerwcu 1945 roku sierociniec przeniesiono do Kenii. Ulokowano go w osiedlu Rongai, niedaleko miasta Nakuru, 13 kilometrów od równika. Na potrzeby sierocińca zaadaptowano murowane budynki dawnego lotniska. Warunki w Rongai były znacznie lepsze. Przez suchy klimat malaria nie była problemem. Organizowano wycieczki, istniał chór, harcerstwo, zespół taneczny oraz sodalicja:

„W Rongai było atrakcyjnie bardzo. Było fantastycznie. Także nawet się nie odczuwało, nawet te dzieci, które były sierotami, naprawdę nie odczuwały tego. Opieka była wspaniała, że te dzieci nawet nie odczuwały. Jedzenie było dobre”.

Matka Zofii Daniszewskiej przebywająca wówczas (w 1947 roku) w Libanie odnalazła córkę dzięki Czerwonemu Krzyżowi. Przez korespondencję z rodziną w Stanach Zjednoczonych udało jej się skontaktować z mężem przebywającym w Polsce. W liście do Władysława Raczkiewicza, prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie, poprosiła o pomoc w przetransportowaniu swojej córki z Kenii do Libanu. Zofię udało się przewieźć na koszt rządu brytyjskiego przy wsparciu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Korespondencyjnie matka Zofii dowiedziała się, że jej mąż z dwoma synami osiadł na poniemieckiej wsi Strzelinka pod Słupskiem.

W Libanie rozpoczęto organizację przerzutu uchodźców, wielu z nich obawiało się jednak kolejnych represji ze strony nowego polskiego, komunistycznego rządu. Zofia Daniszewska wraz z matką została przetransportowana do weneckiego portu, by następnie przez Austrię i Czechy trafić do Polski. W Gdańsku spotkała się po raz pierwszy od siedmiu lat z ojcem i dwoma braćmi. Po wojnie kontynuowała naukę w Słupsku, gdzie następnie pracowała w banku. Później przeniosła się do Wrocławia, gdzie zaocznie studiowała w Wyższej Szkole Ekonomicznej i pracowała w banku.

Historia została opracowana przez pracowników Ośrodka Pamięć i Przyszłość w ramach projektu Środkowoeuropejska Mapa Gułagu.


Wróć do pierwotnej orientacji tabletu lub