Irena Bondarowicz

Urodziła się 3 marca 1909 roku w Gatczynie pod Petersburgiem. Następnie mieszkała w Krewie. Była nauczycielką geografii, angażowała się również w działania organizacji młodzieżowych (min. harcerstwa) i kościelnych. Jej mąż Wincent, również nauczyciel oraz oficer rezerwy, został uwięziony w obozie jenieckim w Starobielsku. Wywieziona nocą 13 kwietnia 1940 roku wraz z synem pod pretekstem dołączenia do męża. Jej rodzice zaopiekowali się drugim synem i córką.

„Druhno” mówi Irka „Wkładać co się da na siebie i Marysia, wkładać co się da do walizek tak, żeby można było trzymać w obu rękach”. Ubieram się. Wkładam osobistą bieliznę, męża bieliznę, sukienkę, męża ubranie, swoją jesionkę, męża jesionkę, kożuszek i na wierzch ogromną burkę z kapiszonem. Na to wszystko wypchany worek z jedzeniem. U dołu plecaka z jednej strony nocnik, a z drugiej mały 1,5 litrowy żeliwny garnuszek, do tego walizka napchana bielizną w ręku. Na Marysia wkładam kilka jego ubrań, płaszczyk, na wierzch Witka (męża) bonżurkę, w ręku walizeczka z apteczką, a pod pachą ulubiona lalka – Zośka.

Wieziona najpierw w towarzystwie 24 osób, częściowo sobie znanych, następnie dołączona do większego transportu w 50-osobowych wagonach. Pisała kartki pocztowe z drogi do rodziny, by wiedzieli, dokąd ją wiozą. Przesiedlanym pozwalano wychodzić za potrzebą na postojach. Od miejscowych dostawali lub kupowali żywność. 25 kwietnia dojechali do północnego Kazachstanu (stacja Kokczetaw). Dalej ciężarówkami do kołchozu Pawłówka, gdzie spotkali Polaków wysiedlonych w 1937 roku. Rozlokowano ich w chałupach tubylców po kilka rodzin. Dwie sześcioosobowe rodziny nie dostały miejsca, więc wysiedleńcy zbudowali im chatę, później wykorzystywaną jako miejsce spotkań i modlitw. Irena pracowała w kołchozie, na polach i w ogrodzie, a także przy wyrobie opału. Zarabiała szyciem ubrań, uczyła również dzieci. Przetrwać pomagały jej również paczki, które dostawała od rodziny w Polsce. Razem z innymi przesiedleńcami uczestniczyła w obrzędach religijnych, wspólnych modlitwach i świętach, również państwowych (tak polskich jak i radzieckich). Organizowali jasełka oraz wieczerze wigilijne.

Pewnej niedzieli, gdy byliśmy zebrani na naszym nabożeństwie, zauważyliśmy, że człapie do nas brygadjer. Szybko przerwaliśmy modlitwy. Usiedliśmy przy stoliku i rozdając karty zaczęliśmy śpiewać: „Z tej biednej ziemi, z tej łez doliny…” Nasz gość wszedł, usiadł na pryczy i wyraźnie przyglądał się śpiewającym i grającym. Po chwili opuścił nas, a w Sielsowiecie powiedział: „Puścinki – Polacy w Jamie grają w karty i śpiewają pieśni!”

W imieniu grupy wysiedleńców złożyła prośbę o przeniesienie do sowchozu Koniezawod nr 47 w Bieriezniakowce (ze względu na większy przydział żywności). Mieściła się tam hodowla koni. Po przeniesieniu wysiedleńcy pracowali najpierw przy bieleniu domów, potem w stajniach. By przeżyć, podbierali koniom paszę. Praktykowali również pogrzeby polskie (Irena miała przy sobie wodę z Lourdes, którą wykorzystywano do święcenia grobu). Bondarowicz była również świadkiem na ślubie dwójki Polaków na zesłaniu.

25 czerwca 1941 roku została wzięta wraz z grupą Polaków do budowy kolei na linii Akmolińsk-Kartały, głównie w okolicy rozjazdu Kołuton i Kara-Adyr. Kobiety pracowały fizycznie, w stepie, robotnice i robotnicy spali na wagonach. Byli przenoszeni pomiędzy rozjazdami. Ze świata docierały do nich informacje o wojnie, o układzie Sikorski-Majski, o formowaniu się Armii Andersa i Armii Berlinga, o śmierci polskich oficerów w Katyniu (został tam zamordowany również mąż Ireny). Bondarowicz stała się „mężem zaufania” – łącznikiem między Polakami a Ambasadą Polską w Akmoleńsku. Do jej zadań należało m.in. rozdzielanie otrzymanych racji żywnościowych i ubrań. Wysiedleni starali się stworzyć chociaż namiastkę normalnego życia: hodowali kury, które karmili ziarnem znalezionym na drogach, mielili także własną mąkę z ziarna, które udało im się wymienić u kołchoźników. By mieć opał, zrzucali węgiel z węglarek.

Irena po pewnym czasie otrzymała stanowisko zastępcy dyrektora Polskiego Domu Dziecka w Atbasarze, gdzie sprawowała również nadzór nad szkołą polską i gdzie założyła dwie drużyny harcerskie. W jej wspomnieniach pojawiają się opowieści o kłopotach ze zdobyciem zaopatrzenia dla Domu Dziecka, o konieczności dalekich wyjazdów i kłopotach z otrzymaniem darów wysyłanych przez UNRRA nawet od Związku Patriotów Polskich. To właśnie w tym celu odwiedziła miasta Omsk i Pietropawłowsk.

Będąc przy kasie biletowej, spotkałam gromadę osób, którzy rozmawiali po łotewsku. Jakże byli zadowoleni, gdy tu posłyszeli swój ojczysty język. Byli przywiezieni spod Rygi a mocno wierzą że tam wrócą.

W sierocińcu zorganizowała m.in. zespoły śpiewacze, baletowe, dzieci wyjeżdżały do innych miejscowości na występy. Dzieci uczono również prac ręcznych.

*Nasze dzieci w szkole rosyjskiej robiły dobre postępy, a w każdym razie miały stopnie lepsze niż młodzież miejscowa, a w dodatku w domach na pewno mówiono, że nasz sierociniec ma wspaniałe zagraniczne produkty. Nic też dziwnego, że były antagonizmy. Nie wiem o co poszło, wiem tylko to, że starsi chłopcy Rosjanie napadli na naszą młodzież. *

Dzieci w sierocińcu chorowały, zapadając ciągle na kolejne choroby. Po miejscowości krążyła legenda o „czarnej koszce” – bandzie, która udaje miauczenie kota i gdy mieszkańcy otwierają drzwi, by wpuścić zwierzę, padają ofiarą bandytów. W swych wspomnieniach Bondarowicz opisuje szykany ze strony innych Polaków, którym była poddawana ze względu na swoje mieszczańskie pochodzenie. Opisuje radość Polaków z zakończenia wojny i smutek miejscowych kobiet, które straciły bliskich i nie miały nadziei na lepszy los we własnym kraju. Wspomina kłopoty z załatwieniem powrotu do kraju dla pensjonariuszy sierocińca po zakończeniu wojny – nie udało się załatwić pozwoleń dla grupki dzieci, część zdołała wyjechać bez pozwoleń, lecz 22 dzieci pozostało.

Ze Związku Radzieckiego wyruszyła w drogę powrotną 3 maja 1946 roku. W Akmolińsku (dziś Astana) jej wagon został podłączony do większego transportu z Polakami. Jechali ponad 20 dni, otrzymując porządne wyżywienie.

Noc jest widna. Promienie księżyca oświetlają przecudne lasy, jeziora, gdzieniegdzie chałupy. Widoki wspaniałe! Pociąg wije się jak wąż jadąc wciąż w górę. Wszak jesteśmy na Uralu. Z jednej i drugiej strony przepaście. Pociąg jakby zawieszony w górze i już zdaje się, że runie do przepaści… Przekraczamy granicę Azja-Europa.

W Widzewie odczepiono wagon od składu, który pojechał dalej na Ziemie Odzyskane, a wagon z wychowankami i opiekunami Domu Dziecka skierowano do Ośrodka Psychiatrycznego w Gostyninie, gdzie znajdował się Dom Rozdzielczy dla Dzieci Repatriowanych ze Związku Radzieckiego. Tam też Irena przedstawiła sprawę pozostawionych w ZSRR wychowanków. Skontaktowała się z rodziną, której powierzyła syna i córkę. Po powrocie dyrektorki Domu Dziecka z Warszawy, opuściła Gostynin i udała się do Torunia, a następnie nocą przeszła piechotą do Nowej Wsi, gdzie przebywali jej krewni.

Historia została opracowana przez pracowników Ośrodka Pamięć i Przyszłość w ramach projektu Środkowoeuropejska Mapa Gułagu.


Wróć do pierwotnej orientacji tabletu lub